Obszar piekielny

Na pewno pamiętasz piękne widoki, jakie zaliczyliśmy na półwyspie Coromandel. Postanawiamy zmienić trochę klimat i przenieść się wgłąb lądu na wulkaniczny obszar Rotorua, Taupo, Tongariro. To jeden z najciekawszych regionów, jakie odwiedzamy w Nowej Zelandii. Coś, czego nie doświadczymy w Europie, a na pewno nie w Polsce.

Miasteczko surferów

Podczas stopowania prowadzimy z Krzyśkiem nieoficjalne statystyki. Oceniamy, którzy kierowcy zatrzymują nam się najczęściej. Oczywiście w tej konkurencji wygrywają lokalsi. Powoli uczymy się, że Nowozelandczycy nigdy nie zostawią cię w potrzebie. Być może dość duże odległości pomiędzy miastami nauczyły ich otwartości na spotykanych ludzi.

Czasem jednak kierowcy z innych krajów przystawali zaciekawieni dwójką podróżników z ogromnymi plecakami. Tym razem wczasowiczka pochodząca z Hawaii decyduje się nas podwieźć i szusujemy razem aż do Whangamata – niewielkiego miasteczka surferskiego. Jako że zbliżają się święta, na ulicy możemy spotkać podobizny Mikołajów-surferów.

Fot. www.nzherald.co.nz

Ale nie czas na rozglądanie się, trzeba ruszać dalej! Tym bardziej, że nie mamy (jak zwykle) dokładnego planu na nocleg. Pamiętacie Francuza Benjamina z poprzedniego wpisu? Przecieramy oczy ze zdziwienia, bo to właśnie on zatrzymuje się, aby zabrać nas do Rotorua. Świat (a na pewno kiwiland) jest mały!

Rotorua – wrota do piekieł

Największą (płatną) atrakcją regionu Rotorua jest geotermalny obszar Waiotapu (z maoryskiego „święte wody”). Można tam zobaczyć soczyście zielone, niebieskie, żółte, a nawet pomarańczowe akweny, z których unosi się tajemnicza para. Jak już wiesz, podróżujemy dość niskobudżetowo, więc od razu postanawiamy poszukać darmowych alternatyw. Z pomocą przychodzi nam wielka tablica informacyjna „Wycieczki instagramowe”, która znajduje się w centrum turystycznym 😁 Wśród różnych tras wybieramy dość ciekawą opcję Kerosene Creek, czyli geotermalnej rzeki (tego jeszcze nie było!)

Najbardziej „gorące” miejsca w Rotorua.

Parę dni wcześniej na grupie fejsbukowej New Zealand Backpackers czytaliśmy o gościu, który musiał wracać z gorących źródeł do hostelu w samych slipkach. Podczas zażywania kąpieli jakiś nicpoń ukradł mu torbę z kluczykami do auta i odjechał w siną dal jego samochodem. Uuups! Potem dowiadujemy się jeszcze, że region Rotorua jest dość znany z kradzieży i podejrzanych typków. Przechodząc przez miasto, nerwowo rozglądamy się dookoła.

Zanim ruszamy do Karosene Creek, gdzie zamierzamy zostać na noc, odwiedzamy Kuirau Park w centrum miasta. Miejsce, którego na pewno nie można pominąć, kiedy jesteś w Rotorua. Na chwilę przenosimy się do królestwa Lucyfera. Spacerujemy pomiędzy kałużami czarnego bulgoczącego błota i śmierdzącymi siarką, parującymi jeziorami. W dodatku park jest bardzo dynamiczny – według informacji ziemia w każdej chwili może się zapaść, aby powstało nowe źródło aktywności geotermalnej.

Błotko czarne.
I błotko szare.
Ziemia może nagle zapaść się, tworząc nowe źródło wyziewów.
Wszystkie takie zapadliny są na bieżąco skrupulatnie ogradzane i obszadzane drzewami.
Największe jezioro w parku.

Gdy próbujemy wydostać się z Rotorua, jest już prawie zmrok (jak to u nas 😬). Przy wylotówce zaczepia nas kierowca i kiedy dowiaduje się, gdzie chcemy się udać, kiwa z niedowierzaniem głową. Mówi, żebyśmy tam lepiej nie jechali, bo niebezpiecznie i kradną! O! Robi się coraz ciekawiej… 🤔 Niezrażeni jego „dobrą radą” nadal łapiemy stopa i wreszcie docieramy na miejsce.

Kerosene Creek – ognista kąpiel

Wita nas parking-klepisko, sracz z głęboką dziurą i znak ostrzegający przed potencjalnymi kradzieżami. Oni tak na serio? 😀 Rozbijamy namiot na parkingu (śledzie niestety musiały pójść w odstawkę) i udajemy się w długo wyczekiwane objęcia Morfeusza. Nie myśl sobie jednak, że to koniec przygód tego wieczoru. Gdzieś tak o północy budzą nas wrzaski, jakby ktoś wypuścił stado pawianów. Dalsza inspekcja odgłosów pozwoliła nam ustalić, że to tylko autobus pełen nastolatków pragnących zażyć nocnego spa. Gdy rano schodzimy do rzeki, na brzegu zastajemy pozostałości „imprezy” – majtki, koszulkę i inne tego typu gadżety.

Naturalne spa z biczami wodnymi.
Krzysiek wskakuje jako pierwszy.
Teraz kolej Martyny.
Śniadanie nad rzeką.
Makijaż w warunkach polowych.

Jest dość zimnawo (kilkanaście stopni i mżawka), więc kąpiel w gorącej wodzie wchodzi jak złoto. Czujemy się jak paniska, bo przez trzy godziny naszego pobytu naturalny basen geotermalny jest tylko dla nas. Kiedy wracamy wzdłuż rzeki, zagadka się rozwiązuje. W mniejszym, położonym bliżej parkingu basenie, niczym w diabelskim kotle, ciśnie się parę osób. A to leniuszki!

Brygada ogniowa

Aby dojść do głównej drogi musimy pokonać jakieś 2 km nieutwardzonej drogi. Jest to całkiem ciekawy spacer – w trakcie wędrówki mijamy kolejne geotermalne jeziora o soczyście zielonym kolorze.

Kolejny cel naszej wyprawy to przejście przez wrota piekieł i dotarcie do Mordoru. Słynna Góra Przeznaczenia z Władcy Pierścieni znajduje się w Parku Narodowym Tongariro, do którego próbujemy złapać stopa. Jest to rozległy obszar wulkaniczny, posiadający kilkanaście wciąż aktywnych stożków i kraterów.

I już po chwili mkniemy w pełnoprawnym wozie strażackim 😎 Kierowca opowiada, że niebawem wyruszy do Australii, aby pomagać gasić tamtejsze pożary buszu.

Wysadza nas w Turangi – miasteczku niedaleko jeziora Taupo. Zaczyna padać, więc chowamy się w najbliższym Burger Kingu i robimy rekonesans kempingów. Nasz wzrok przykuwa wioska Whakapapa.

Fakapapa

Pamiętasz artykuł, w którym tłumaczymy, jak poprawnie wymawiać nazwę Whakapapa? Naszego kolejnego kierowcę – Holendra po pięćdziesiątce, który podróżuje z żoną kamperwanem – również urzeka ta nazwa i przez całą drogę powtarza sobie wesoło „Fakapapa, fakapapa” 😀

Na recepcji kempingu czeka nas przykra informacja – nie ma już wolnych miejsc pod namiot! W końcu grudzień to szczyt sezonu turystycznego w Nowej Zelandii… Czy to oznacza, że będziemy musieli łapać stopa z końca świata do innego kempingu? Nie przesadzam – na Whakapapa kończy się droga, dalej już tylko pieszo. Pani recepcjonistka nie pozostaje jednak bez serca. Po chwili rozmowy dochodzimy do porozumienia, że pole namiotowe składa się z dziewięciu, a nie ośmiu stanowisk 😎

Nasz kemping jest trochę jak z baśni o druidach i leśnych ludkach.

Gdy wstanie słońce, czas więc wyruszyć do Mordoru. Ale czy to aby nie wycieczka nad Morskie Oko? 😏

Comments

  1. Ewa Sz. z Olkusza

    Witajcie! Ja tu czekam i czekam na kąpiele siarkowe dla zdrowotności, zamiast wybrać się na takie darmowe zabiegi. Teraz już wiem, gdzie nie ma kolejki! Gorąco pozdrawiam i niecierpliwie czekam na kolejne relacje z podróży 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *