Wycieczka nad Morskie Oko

W poprzednim wpisie Martyna wspominała coś o wycieczce na jedną z największych atrakcji Nowej Zelandii (a przynajmniej jej Północnej Wyspy) – Wulkan Tongariro – ale ja Wam udowodnię, że to nie była żadna wyprawa na wulkan, tylko zwykły spacerek nad Morskie Oko.

Dojechać na szlak.

Jeśli kiedykolwiek byliście nad Morskim Okiem, to z pewnością znacie ten problem – jak dostać się na parking w Palenicy? Czy lepiej wygodnie, swoim autem, ale narazić się na stanie w korkach i brak miejsca do zaparkowania, czy może przepłaconym busikiem?

Pod Tongariro opcje są podobne – na miejscu dostępny jest parking, na którym jednak zatrzymać się można jedynie na 4 godziny (a nikt w 4 godziny tej trasy nie zrobi, trzeba by zawrócić w około 1/3 drogi); można też skorzystać z opcji autobusu, który spod kempingu/hotelu zabierze Cię prosto na szlak – za odpowiednią, sowitą opłatą.

Widoki spod naszego kempingu – wulkan Ruapehu pokryty lodowcem.

Jest jednak też trzecia opcja, której możesz się już doświadczony Czytelniku domyśleć – jest to autostop. Jest to jednak opcja nieznana zbytnio w tym bardzo turystycznym rejonie. Challenge accepted, próbujemy!

Pierwszym kierowcą, który się nam zatrzymuje i zabiera spod kempingu, jest pracownica pobliskiego Centrum Informacji Turystycznej, która dziwi się obranym przez nas sposobem dotarcia na szlak. Ocenia również spodnie Kyla (czarne jeansy) jako nieodpowiednie na taką wędrówkę – ale co ona tam może wiedzieć o brawurowych wędrówkach nad Morskie Oko.

I to właśnie tej pani chwalimy się znajomością języka maoryskiego – o jej odpowiedzi możesz przeczytać w tym artykule.

Wulkan Tongariro – nasz dzisiejszy cel – widziany z drogi.

Drugim autostopem, który zabiera nas już bezpośrednio na początek szlaku, jest para z Holandii – dzięki nim docieramy do nowozelandzkiej Palenicy 😉

Ciężkie podejście

Wycieczka nad Morskie Oko charakteryzuje się, szczególnie w początkowej fazie, szeroką drogą i kilkoma kilometrami, podczas których nie odczuwamy zbytnio podejść.

Cóż, początkowy odcinek szlaku na Tongariro wygląda niemal identycznie – spacerujemy sobie przez kilka kilometrów, idąc po doskonale przygotowanej drodze (taki rodzaj szlaków lubimy nazywać „autostradą”). Jest szybko, łatwo i przyjemnie, tym bardziej że pogoda jest dobra – mocno wietrzenie, ale w większości słonecznie.

Autostradka na wulkan
Chmury powoli przetaczają się przez wulkaniczny stożek.

Skąd tu tyle ludzi?!

To pytanie zadał sobie chyba każdy, kto kiedykolwiek wybrał się nad Morskie Oko. Niezależnie od pory roku, każda wyprawa nad perłę tatrzańskich stawów każe nam zastanawiać się, dlaczego akurat dzisiaj pół Polski postanowiło iść w to samo miejsce, co my.

Nie inaczej jest na Tongariro. W poprzednim akapicie wspomniałem o ładnej pogodzie – dzień wcześniej pogoda była tak słaba, że anulowano wszystkie zorganizowane przewozy i odradzono turystom wyjście na szlak. Co więc robi taki turysta? Wiadomo, wychodzi na szlak następnego dnia 😁

Martyna, inni turyści i najwyższy stożek Tongariro – Ngauruhoe – schowany w chmurach
Dużo turystów na szlaku to tzw. „stonka”.

I tak sobie idziemy, co chwilę wymijając kolejnych śmiałków zdobywających Morskie Oko kratery wulkanu Tongariro.

Widoooki 😍

Skoro pogoda na szlaku jest ładna, to wypadałoby mieć jakieś zacne widoki, prawda? Tak jak w drodze nad Morskie Oko, tak i w drodze na wulkan nasze oko cieszą piękne okoliczne krajobrazy, sprawiając, że nasza wyprawa jest przyjemniejsza i kolejne kilometry sprawnie padają naszym łupem. To również pożywka dla naszych aparatów, dzięki czemu możemy dzielić się z Tobą, drogi Czytelniku, kolejnymi kadrami z naszej wyprawy.

Uśmiechnięta Martyna w stroju, tzw. „czopkowatym”

Po drodze widać dobrze okoliczne szczyty: Ruapehu i najwyższy ze stożków Tongariro – Ngauruhoe (który miał nawet swoją rolę we Władcy Pierścieni).

Ruapehu to jeden z najaktywniejszych wulkanów na świecie i sprawca smutnych wydarzeń w dziejach Nowej Zelandii. W Wigilię 1953 roku jego erupcja spowodowała zniszczenie mostu kolejowego, na którym chwilę później znalazł się pociąg – w wyniku wpadnięcia taboru do rzeki zginęło 151 pasażerów.

W sierpniu 1990 roku z kolei miejsce miało gwałtowne załamanie pogody. W wyniku zamieci śnieżnej życie na stokach wulkanu straciło 6 żołnierzy, którzy odbywali tam trening przetrwania. W tym samym czasie japoński turysta, który znajdował się nieopodal, zdołał wykopać w śniegu małą jaskinię, która pozwoliła mu przetrwać kilka dni i samodzielnie powrócić na dół. Samuraj jaki czy co?

Ośnieżony Raupehu nieśmiało wychyla się po lewej.

No dobra, dosyć tych smutów, wracajmy na trasę. Jako że nadal nie jesteśmy w stanie odnaleźć parkingu z góralskimi dorożkami, pozostaje nam dotrzeć do celu na piechotę. Co chwilę jesteśmy atakowani kolejnymi ostrzeżeniami, przypominającymi, że ta z pozoru łatwa trasa niesie w sobie sporo ryzyka. Swoją drogą, chciałbym zobaczyć takie znaki, jak te na zdjęciach poniżej, w drodze nad Morskie Oko. Przykładowo:

  • „Pamiętaj, że w okresie zimowym o 16 zapada zmrok”,
  • „Nie poleca się pokonywania trasy w japonkach”,
  • „Po opadach, na szlaku istnieje ryzyko wystąpienia błota”.
Żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy!
Martyna nie jest pewna, czy powinna iść dalej, pan z tą ręką jest dosyć wymowny.
Nawet podczas korzystania z kibelka możemy zastanowić się nad swoją sytuacją.

W końcu jest! Cel wycieczki.

Po morderczej wędrówce naszym oczom ukazuje się ono – Morskie Oko! Albo też i Blue Lake, jak lubią je określać nieobeznani z prawdziwą nazwą miejscowi. Zgodnie z maoryską tradycją, dotykanie wody, wchodzenie do jeziora, czy nawet jedzenie i picie w jego obrębie jest oznaką braku szacunku, ponieważ miejsce to jest święte. Szkoda, że Morskie Oko świętym miejscem nie jest…

Źródło: https://kontakt24.tvn24.pl/mimo-zakazu-plywali-w-morskim-oku-jeden-pan-dwukrotnie-wskoczyl-do-wody,206061.html
Morskie Oko w całej okazałości
Martyna sprawdza swój stan trzeźwości, wykonując popularną „jaskółkę”.

Tak przy okazji

Zapomniałbym dodać: po drodze do jeziorka mijamy kilka kraterów, innych jeziorek, sporo toalet i trochę chodzimy do góry i do dołu 😁 Zapach siarki i zgniłych jaj unosi się w powietrzu, a dookoła widać parę wydobywającą się z pobliskich kraterów. Nie potrafię skojarzyć tych elementów z mojej ostatniej wyprawy nad Morskie Oko, dlatego zostawiam Ci Czytelniku kilka zdjęć – może Tobie pójdzie lepiej 😉

To czarne na środku to chyba pozostałość po jakiejś niedawnej lawie.
Jeziora w kolorze Domestosa
Byliśmy tam, mamy dowód!
Solidna porcja toalet czeka na nas co kilka kilometrów. Nie ma s*ania po krzakach!
Czerwony Krater – nie mam pojęcia, skąd wzięła się ta nazwa.
Widok na wiele, wiele kilometrów – widać nawet popularne wśród turystów Jezioro Taupo.

Lawiny

Jeśli wybierasz się nad Morskie Oko w zimie, musisz pamiętać o zagrożeniu lawinowym. My również po drodze przechodzimy przez miejsce zagrożone lawiną, choć nieco inaczej wygląda ona w Nowej Zelandii.

W wyniku erupcji wulkanu woda, która często znajduje się w kraterze, jest wyrzucana wraz z ogromną ilością błota oraz kamieni i pędzi sobie po stoku, niszcząc wszystko, co napotka po drodze. Taka lawina nazywa się Lahar i cóż, lepiej nie znaleźć się na jej drodze 🥺

Lahar nie ma litości 😳😳😳
Uff, opuszczamy strefę zagrożenia laharem.

Etap końcowy

Po zejściu ze szlaku okazuje się, że droga, do której dochodzimy, nie jest główną drogą i do takowej mamy jakieś 6 km (no nie sprawdziłem tego przed wyjściem, przyznaję). Decydujemy się na przejście tego odcinka na piechotę i próbę łapania stopa po drodze (jako że prawie nic tam nie jeździ). Kolejne próby łapania aut kończą się fiaskiem, rezygnujemy więc z ciągłego zatrzymywania się i wyciągania kciuka.

Końcowe widoki na trasie – ciężko uwierzyć, że to stoki wulkanu.
Zbocza wulkanu Tongariro widziane z drogi prowadzącej do drogi, z której łapaliśmy stopa.
Kylo jest zniesmaczony brakiem autostopa.

I jakież to życie potrafi być ironiczne – pierwszy samochód, którego nie próbujemy złapać, zatrzymuje się i bardzo miła pani sama z siebie proponuje nam podwózkę do głównej drogi. Stamtąd już stop ze studentką z Francji i zakończenie wycieczki z parą z Niemiec. Udało się! Cali i zdrowi docieramy do naszego kempingu, gdzie przy oscypku owsiance i herbatce możemy wspominać naszą brawurową wyprawę nad Morskie Oko.

W sumie może to nie Morskie Oko, a bieszczadzkie połoniny?

Tak nam się te wulkany spodobały, że postanawiamy odwiedzić jeszcze jeden z nich. O tym i o legendzie krążącej wokół Taranaki przeczytasz w kolejnym wpisie 😉

Comments

  1. Jadwiga Mizura

    Krzysiu, zgodnie z Twoją sugestią postanowiłam się z Wami wybrać na to nowozelandzkie Morskie Oko. Warto było!Udało się odpłynąć od koronawirusa, widoki niesamowite, świetnie napisane i sfotografowane, duża dawka humoru.Polecam wszystkim!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *