Czwarty z braci

Po zdobyciu Morskiego Oka Wulkanu Tongariro oraz zobaczeniu wulkanów Ngauruhoe oraz Ruapehu, postanawiamy sprawdzić, jak się ma czwarty wulkan z tej paczki, Taranaki. W przeciwieństwie do wspomnianej trójki, znajduje się on nieco dalej na zachód Nowej Zelandii. Z jego samotnym umiejscowieniem związana jest pewna maoryska legenda, którą oczywiście chętnie przytoczę.

Leniwe stopowanie

Ale po kolei. Jako że do przejechania mamy jedynie około 300 kilometrów, niespiesznie zbieramy się z naszego kempingu w Whakapapa, po drodze zahaczając o pracownię lokalnego maoryskiego artysty – efekty jego pracy możesz zobaczyć na poniższych fotkach.

Fajnie, fajnie, ale stop sam się nie złapie. Wyciągamy w końcu kciuka i niemal natychmiast zatrzymuje nam się młody i wesoły pracownik jednego z pobliskich ośrodków. Podrzuca nas pod ciekawą drewnianą rzeźbę Tyranozaura (?), skąd dwoma kolejnymi stopami docieramy do miejscowości New Plymouth – stąd wzdłuż oceanu prowadzi droga, która okrąża cały masyw Wulkanu Taranaki.

Dostajemy nawet pomarańczę na drogę (a to droga sprawa z Nowej Zelandii 🥺)
Ukryty w zaroślach T-Rex 🦖
Ojciec, syn i dwie polskie przybłędy

Mamy szczęście! Pogoda jest na tyle dobra, że pozwala nam obserwować wulkan w całej okazałości. Dzień powoli chyli się ku końcowi, znajdujemy więc cel swojej wycieczki na dziś – darmowy kemping znajdujący się w małej miejscowości Opunake. Trzeba się jednak spieszyć, żeby zdążyć przed zmrokiem!

Taranaki w całej okazałości 🥰
Czas ucieka, a do celu jeszcze kawałek…

Pierwszy kierowca zadaje nam dosyć ciekawe pytanie – „Co sprawiło, że przyjechaliście do tej gównianej dziury?” Jak to co, chęć zrobienia ładnego zdjęcia i odpoczęcia od najbardziej turystycznych miejsc 😉 No ale dobra, koniec zwodzenia, przejdźmy w końcu do obiecanej legendy!

Braterski pojedynek

Taranaki przez wiele, wiele wieków żył wspólnie ze swoimi braćmi – wspomnianymi Tongariro, Ngauruhoe oraz Ruapehu – w centrum Wyspy Północnej. Niedaleko wulkanów znajdowała się Góra Pihanga – piękna, pokryta bujnym lasem. Nic więc dziwnego, że wszyscy górscy bogowie byli w niej zakochani.

Taranaki próbował przypodobać się Pihandze, ale do gry włączył się również Tongariro. Pomiędzy braćmi rozgorzała straszliwa walka – ziemia zaczęła się trząść, a niebo pokryło się ciemnymi chmurami. Ostatecznie Pihanga wybrała Tongariro, dlatego też dumny, zazdrosny i rozzłoszczony Taranaki postanowił opuścić krainę, w której doszło do upokorzenia go.

Dotarł do miejsca, w którym znajduje się obecnie, i postanowił odpocząć. W trakcie snu pojmano go i usidlono, przez co już na zawsze pozostał w tym samym miejscu.

Spokojne życie u stóp wulkanu…

Na następny dzień z jego zbocza trysnął strumień i wypełnił skażony ślad, który Taranaki pozostawił po swojej wędrówce. Dało to początek rzece Whanganui, jednej z największych w Nowej Zelandii.

Wielu Maorysów wierzy, że pewnego dnia Taranaki powstanie i powróci, by ponownie zmierzyć się z Tongariro. Dlatego też profilaktycznie unikają mieszkania na terenach znajdujących się pomiędzy oboma braćmi 😁

Nowozelandzcy rodzice

Wracajmy do teraźniejszości. Każdy kolejny złapany stop zawozi nas jedynie do kolejnej wioski, dlatego też czas mija, a my nadal nie jesteśmy w stanie dotrzeć do Opunake. Powoli robi się ciemno, gdy wtem na horyzoncie pojawia się nasze wybawienie – widać je na końcu poniższego filmu 😉

Wybawcy nazywają się Deidre i Barry – nieco niepewni zatrzymują się, a po bliższym poznaniu proponują nocleg u siebie. Oboje są farmerami, a ich dzieci wyjechały już z rodzinnego domu, szukać szczęścia w większych miastach. Chętnie więc opowiadają nam o swoich zajęciach, rodzinie, podróżach i hobby. Pilnują, żeby niczego nam nie brakowało!

🥰🥰🥰
Z bycia farmerem w Nowej Zelandii da się wyżyć! 😉
Farma Deidre i Barry’ego znajduje się nad samym oceanem.

Następnego dnia los nie jest już dla nas tak łaskawy – pogoda się psuje i niweczy nasze plany dostania się bliżej wulkanu, którego szczyt tonie teraz w chmurach. Deidre podrzuca nas więc jedynie do Opunake, skąd okrężną drogą chcemy wydostać się z krainy Taranaki w kierunku Wellington – stolicy Nowej Zelandii (by tam spędzić święta Bożego Narodzenia).

Zwiedzamy jeszcze pospiesznie plażę i jedziemy dalej! Naszym kolejnym uprzejmym kierowcą jest… sąsiadka Deidre, Debi 😀 Kolejne zatrzymane auta doprowadzają nas do miejscowości Wanganui, gdzie będzie mieć miejsce kolejny niesamowity dla nas zbieg okoliczności.

Kolorowy mural w Opunake (jasno widać, czym się tu zajmują).
Jak widać, płot można zrobić również z desek surfingowych.
Selfie z „somsiadem”.

Backpackersi po pińdziesiątce

Wbrew pozorom tytuł akapitu nie odnosi się do nas i do wódeczki, a do pary, którą spotykamy w Wanganui. Po dotarciu do tego miasteczka nie mamy nawet szansy zbytnio ogarnąć, co robić dalej, gdyż momentalnie widzimy przed sobą zaparkowanego kamperwana – jak się okazuje, są to Sue i Richie, którzy widząc nas, postanowili się zatrzymać i zaproponować nam podwózkę. No złoci ludzie!

Ale nadal nie wytłumaczyłem, skąd taki tytuł. Otóż nasi nowi przyjaciele opowiadają nam w drodze o swoich dzieciach, które zdążyli odchować oraz o swoich planach podboju Europy w 2020 roku [Zważywszy na sytuację z koronawirusem, plany musiały się niestety zmienić, o czym oczywiście w tamtym czasie nie mieliśmy pojęcia.] – jedynie z plecakami i wynajętym na miejscu autem. Ogólnie jest to para podróżników, więc mamy wiele wspólnych tematów i podróż mija nam szyyyybko 🥰

Jako że nie mamy sprecyzowanych planów noclegowych, chętnie korzystamy z propozycji Sue, aby przenocować w ogródku jej mamy. Mama jest nieco zaskoczona, ale chętnie udziela nam schronienia i już po chwili jemy wspólną kolację.

Obozowa codzienność – Martyna dmucha materac w ogródku mamy Sue.
Krótki postój w miasteczku Bulls (Byki).
Taki rarytas w przydrożnym lamusie.
Rodzinka w komplecie (i bezdomna para z Polski).

Rano ruszamy w dalszą drogę z całą ekipą i rozdzielamy się dopiero w Pahiatua – to małe miasteczko, które kryje w sobie niesamowitą historię związaną z Polską. Jaką? O tym dowiesz się w kolejnym wpisie 😉

Comments

  1. janusz

    n.z. 95% kraju nie ma zasiegu. zasieg tylko w miastach i na glównych drogach. czasem trzeba przejechac 100 km zeby miec zasieg. leje. nie mozna WOGÓLE wysiadac z auta bo meszki. zawsze i wszedzie. leje. nazi department of tourism zabrania wszystkiego, wszedzie. spanie na dziko to bullshit – albo masa niemców, albo o 6tej rano przychodzi nazi i daje mandat. leje. depresja. kilo baraniny w sklepie 40 dolarów. surowej. gotowej do jedzenia nie ma. kilo czeresni 40 dolarów. leje. benzyna w cenie europy, dwa razy wiecej niz w australii. 4 razy wiecej niz US. leje. meszki. cale fjordy nie maja dróg, sa niedostepne. meszki. leje. komary i baki w arktyce to zero w porównaniu do meszek. leje. zeby znalezc miejsce na noc, trzeba pojezdzic ze 2-3 godziny, wszedzie ploty i zakazy. wszedzie!!!!! aplikacje z miejscami do spania wysylyja wzystkich niemców na malutkie parkingi na 5 aut, stoi sie drzwi w drzwi, jak przed supermarketem. jak sie stanie z boku, to mandat. leje. meszki. nie mozna zagotowac wody bo meszki. i leje. trzeba przeskakiwac wyspe z poludnia na pólnoc, albo wschód zachód zeby nie lalo. n.z. jablka po 5 dolarów za kilo. te same jablka wszedzie indziej na swiecie po 1.50 dolara. aftershave za 50 dolarów w normalnym swiecie tam kosztuje 180.
    wszystkie mosty sa na jedno auto, poza Auckland. miasteczka wygladaja tak: bank, china takeout, empty store, second hand ze starymi smieciami, empty store, china takeout, second hand, bank and so on – kompletny upadek i depresja. pierwszy raz w zyciu kupowalem w second handzie. wejscie na gorace kapiele 100 dolarów. dwa razy psychopaci zagrazali mojemu zyciu (wyspa pólnocna, srodek-wschód), jeden z shotgunem. policja to ignoruje.
    co by tu jeszcze? jest pare dobrych rzeczy, wymieniam zle, bo NIKT tego nie mówi. bardzo latwo zarejestrowac auto, ubezpieczenia nieobowiazkowe i tanie. przeglad co 6 miesiecy. w morzu sie nikt nie kapie, poza surferami, zimno, prady. meszki doprowadzaja do obledu.nie ma na nie sposobu. wszedzie mlodociane adolfki. tysiacami. supermarkety, maja ich 3, sa tak zle,ze nie ma co jesc. marzy sie o powrocie do swiata i normalnym jedzeniu. ogólnie marzy sie o normalnym swiecie, caly czas odlicza dni do wyjazdu . w goracych wodach maja amebe co wchodzi do mózgu. no chyba ze sie zaplaci 100 dolarów za wstep, to mówia ze nie ma ameby

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *