Świąteczny klimat w Nowej Zelandii

Opuszczamy Pahiatuę, a przed nami droga ku naszej bożonarodzeniowej destynacji – Wellington. W tym artykule opowiemy trochę o stolicy Nowej Zelandii i trochę o tym, jak spędza się święta na końcu świata.

Droga do Wellington

Do pokonania mamy 160 kilometrów. Pierwszym wybawcą okazuje się młody Indonezyjczyk, studiujący w Nowej Zelandii zarządzanie awiacyjne. Jedzie do Masterton, aby spędzić święta z rodziną koleżanki. Podróż mija szybko, gdyż chłopak raczy nas ciekawostkami, np. o tym, jak to podstępne linie lotnicze wpływają na nasz nastrój podczas lotu – za pomocą jedzenia. Otóż niedługo po wejściu na pokład serwują coś tłustego, aby zachciało nam się spać i mieli nas z głowy. Natomiast chwilę przed lądowaniem zalecane jest podawanie posiłków dodających energii, aby pasażerowie lepiej współpracowali podczas lądowania i kołowania. My jakoś tego nie zauważyliśmy, a Wy? 🤔

 

Już w Masterton stwierdzamy, że coś z tymi świętami na drugiej półkuli jest nie tak. Miejska choinka przy dwudziestostopniowej aurze i zerowym śniegu wygląda jakoś tak kiczowato i tandetnie.

Wesołych Świąt!
Mimo zmęczonych nóg, Martyna wciąż wykazuje siłę.

Aby nie tracić czasu, zajadamy naprędce kebaba i ruszamy dalej. Decydujemy się też łapać stopa bliżej centrum miasta niż zazwyczaj. Po chwili zaczepia nas staruszka (która na oko ma gdzieś 80 lat) i oferuje podwózkę do Featherstone. No cóż, raz kozie śmierć! W samochodzie rozpoczynają się opowieści dziwnej treści, nie bardzo wiemy, o co dokładnie jej chodzi 🤔 Kiedy proponuje nam spędzenie świąt z nią i jej synem, jakoś pierwszy raz czujemy, że powinniśmy odmówić. Coś jest nie tak. Pierwsza zasada autostopu – słuchaj intuicji!

Kolejny kierowca nie mówi zbyt dużo, ale za to w ekspresowym tempie przewozi nas przez wysokogórskie zakrętasy do miasteczka Upper Hutt. Stamtąd dostajemy ofertę podwózki już prosto do Wellington. I oto jesteśmy w stolicy Nowej Zelandii!

Stolica Nowej Zelandii

W Wellington podoba nam się zdecydowanie bardziej niż w Auckland – największym mieście Nowej Zelandii. Tamta metropolia była nieco surowa, miała w sobie industrialny posmak. Stolica Nowej Zelandii wydaje się bardziej przytulna, skondensowana, przycupnięta na samym końcu wyspy północnej. Przypomina trochę klimatem czyste norweskie miasteczka. Wokół dużo zieleni, ale też i uroczych drewnianych domków jednorodzinnych. Nudy? Nieprawda! Mijamy też parę przybytków piwa wypełnionych po brzegi wesołą gawiedzią. Spotykamy złotego hipopotama, niepokojący mural z obcym i jeszcze jeden z szalonymi rekinami.

Szczodra promka w jednym z mijanych barów. I jak tu nie skorzystać?
Złoty hipcio. Na bogatości!
Domek w skandynawskim stylu. No prawie...
Szalone rekiny. Pozazdrościli Australijczykom!
Bank Centralny Nowej Zelandii. Stylowy i jest gdzie zjeść. Specjalne pozdrowienia dla Zdzisia!

Podczas naszej wyprawy autostopowej, wizyty w dużych miastach traktujemy raczej jako czas na regenerację, zrobienie prania i zapasów na dalszą drogę. Nie wymyślamy więc napiętego planu zwiedzania. Tak jest i tym razem.

Wieczorem wybieramy się na romantyczny spacer po nabrzeżu, które samo w sobie jest dość interesujące.

Kolejnego dnia „wspinamy” się na wzgórze łelingtońskim funikularem. Pod linkiem macie parę informacji o biletach i rozkładzie jazdy. Stamtąd podziwiamy nieco zachmurzoną panoramę miasta.

Później obieramy kierunek na cmentarz. Tak, dobrze przeczytaliście Po prawdzie, to trochę z nas cmentarne hieny – po prostu lubimy zwiedzać interesujące nekropolie. Ale oprócz tego mamy do wykonania niezwykle ważną misję. Krzysiek zrobił research do swojego artykułu o Polakach w Nowej Zelandii. I wymyślił, że musimy odnaleźć groby polskich obywateli, którzy polegli na nowozelandzkich ziemiach. Krążymy więc po nieregularnych alejkach, by wreszcie odnaleźć to, czego szukaliśmy. Po drodze mijamy wiele ciekawych nagrobków – od super nowiutkich, aż po takie już prawie rozlatujące się. Najbardziej dziwi nas ilość Chińczyków pochowanych w Wellington jeszcze na początku i połowie dwudziestego wieku. Jak się później dowiadujemy, miało to związek z chińską gorączką złota, która spowodowała ich masowy napływ do kraju kiwi.

W poszukiwaniu klimatu Świąt

Zbliża się wieczór wigilijny, a na zewnątrz wciąż jasno. I jak tu w takich warunkach wypatrywać Pierwszej Gwiazdki? Postanawiamy jednak mimo wszystko odnaleźć bożonarodzeniowego ducha w tych nietypowych dla nas świętach.

Pierwszym skromnym akcentem jest mała szopka i opłatek, którym dzielimy się wirtualnie z rodziną podczas świątecznych wideokonferencji. Te przemiłe dary dostaliśmy od Babci Izy z Chełma tuż przed wyjazdem ❤️

O dziwo, tradycja dzielenia się opłatkiem nie jest raczej rozpowszechniona poza Polską. A przynajmniej nie znają jej kierowcy, którym opowiedzieliśmy o tym pięknym zwyczaju. W każdym razie korzystamy z faktu, że do naszego pokoju hostelowego nie zameldował się nikt inny i urządzamy prawdziwą ucztę wigilijną. Po której następuje maraton serialu Wataha.

Kolejnego dnia idziemy na spacer i sprawdzamy, jak o świąteczny klimat zabiegają Nowozelandczycy. Zaobserwowaliśmy trzy elementy wyróżniające:

1. Czapka Mikołaja.

Brak śniegu nie przeszkadza Kiwi wierzyć w grubego dziadka pędzącego na saniach z worem prezentów. Manifestują to wszędobylskimi czapkami z białym pomponem. Noszą je namiętnie podczas okresu świątecznego.

Świąteczny Gandalf w centrum informacji turystycznej.

2. Świąteczny piknik na plaży.

My celebrujemy Wigilię, a Nowozelandczycy zbierają przyjaciół, rodzinę i uderzają na świąteczny posiłek na plażę. Oczywiście jest to przywilej szczęściarzy mieszkających przy wodzie. No ale w końcu każdy w tym kraju znajduje się w odległości co najwyżej 120 kilometrów do najbliższego morza, więc nie jest chyba tak źle, prawda?

3. Beza Pawłowa i duszonki z ziemi.

Tego co prawda nie dowiedzieliśmy się podczas spaceru po Wellington, a dzięki rozmowom z kierowcami, ale to także ciekawa tradycja. Podczas gdy prawdziwy Polak zajada się podczas świąt karpikiem, sałatką jarzynową i barszczem, mieszkańcy Nowej Zelandii stawiają na bezę Pawłowa oraz specjalny przysmak pochodzący jeszcze z czasów maoryskich. Jest to tzw. Hāngi, czyli metoda gotowania polegająca na duszeniu warzyw i mięsa na rozgrzanych kamieniach w wykopanym w ziemi dole.

Źródło: https://theculturetrip.com/

A Wam która nowozelandzka tradycja podoba się najbardziej? A może pochodzicie ze specyficznego regionu Polski, gdzie święta celebruje się w jakiś ciekawy sposób?

W kolejnym artykule: Pierwszy nocleg „na dziko” w Nowej Zelandii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *