Pierwszy dziki nocleg w Nowej Zelandii

Drogi Czytelniku, jeśli przeczytałeś nasz ostatni wpis, to wiesz, że właśnie odpoczywamy sobie w stolicy Nowej Zelandii i objadamy się jak dzicy w święta Bożego Narodzenia. Ale koniec z tymi luksusami, czas ruszać w drogę! Przed nami przeprawa promem na wyspę południową i spędzenie nocy gdzieś pod chmurką. Nasz statek przypływa do małego miasteczka Picton tuż przed północą, więc nie ma już sensu szukać cywilizowanego zakwaterowania. Zresztą, jaka byłaby wtedy frajda? 😁

Przeprawa promem

Za bilet na prom zapłaciliśmy 70 NZD, czyli około 175 PLN od osoby w jedną stronę. Jednak jeśli zakupi się go z odpowiednim wyprzedzeniem można trafić na dużo niższą cenę. Usługi oferują dwie firmy: Interislander oraz Bluebridge.

Przeprawa przez malowniczą Cieśninę Cooka zajmuje niecałe cztery godziny, a wybranie wieczornego kursu przy dobrej pogodzie nagradza pięknym zachodem słońca na tle wyspy południowej.

Port docelowy Picton znajduje się w miejscu strategicznym. Wpłynięcie do zatoki poprzez poszarpane fiordy Marlborough wymaga niezwykłego kunsztu sterniczego. Mówi się, że niejeden statek dokonał żywota na tym niewybaczającym błędów przesmyku.

Zatoka Boba

Wysiadamy ze statku w środku nocy i tu zaczyna się zabawa. Gdzie możemy bezpiecznie się przespać, jednocześnie nie dostając mandatu? Trzeba przypomnieć, że w Nowej Zelandii spanie gdzie popadnie może pozbawić Twoją kieszeń aż 200 dolarów nowozelandzkich, czyli około 500 PLN.

Najpierw rozglądamy się po terminalu portowym, ale okazuje się, że nie jest on otwarty na noc. Idziemy więc dalej. W ciemnościach i ciszy mijamy port, a dalej park przy nabrzeżu. Szukamy miejsca osłoniętego i na uboczu. Moją (Martyny) uwagę zwraca drewniany statek piratów na placu zabaw, ale Krzysiek stwierdza, że nie jest to najlepszy pomysł. Nie chciałby nad ranem zobaczyć przerażonych min dzieciaków, które natrafiły na dwójkę śpiących włóczęgów.

W każdym razie jesteśmy w kropce. Nabrzeże jest co prawda rozległe, ale odsłonięte ze wszystkich stron i na oko widać, że w dzień kręci się tutaj dużo ludzi. Robi się coraz później, a ja coraz bardziej zdenerwowana. W końcu przysiadamy na chwilę i szukamy natchnienia na mapie Google. Na wschód od Picton zauważamy lesisty teren i oznaczoną ikoną sosenki nazwę – Zatoka Boba. To pół godziny drogi po ciemku i tak naprawdę nie wiadomo, co zastaniemy po drugiej stronie. Po krótkiej naradzie decydujemy się jednak stawić czoła przygodzie.

Po drodze do Zatoki Boba mijamy taką tabliczkę.

 Już na samym początku dołącza do nas bury dachowiec, który co rusz wybiega do przodu i spogląda, czy aby na pewno za nim idziemy 😻 Czujemy się jak Alicja w krainie czarów prowadzona przez króliczka. Droga najpierw wiedzie szeroko, tuż przy wodzie. Potem nagle zwęża się, wznosi i przykleja do skarpy górującej nad fiordem. Słychać odgłosy nocnego lasu, a gdy spoglądamy w dół, przez krzaki przedziera się morze. Co jakiś czas widać również złowieszcze pułapki na oposy.

A musisz wiedzieć, że w Nowej Zelandii te słodkie nocne stworzonka traktowane są gorzej niż szczury. Nie jest to jednak nieuzasadnione. Oposy przypłynęły tu z Australii i znacząco wpłynęły na rdzenną faunę. Nie mając naturalnego drapieżnika, rozmnożyły się po całym obszarze wybijając przy tym różne ptaki, z których Nowozelandczycy są tak dumni. Na Antypodach to normalne – jeżeli roślina lub zwierzę nie pochodzą z tego świata, to nie są tu mile widziane, a państwo wręcz zachęca do ich eksterminacji.

No dobra, koniec tych ciekawostek, wędrujemy dalej. Jest prawie zupełnie ciemno, więc bez problemu zauważamy dziesiątki świecących punktów przyczepionych do jednej z mijanych skał. To przecież te same świecące robaczki, które widzieliśmy w Waipu! To one potrafią żyć poza jaskiniami!? – zastanawiamy się, ale nie przystajemy tu na długo.

Przeczytaj także: Poznawanie Nowej Zelandii, a w nim – Waipu, jaskinia pełna świecących robaczków.

Wreszcie ścieżka się obniża. I oto jesteśmy w Zatoce Boba. A tam – szok i niedowierzanie – przekreślony znak namiotu. Stwierdzamy, że nie ma już odwrotu i na zmoczonej wieczorną rosą trawce rozkładamy nasz mały dom. Nowemu koledze Mruczusiowi podoba się tutaj. Właśnie dał susa w krzaki w poszukiwaniu myszy na kolację. A wokół zbiera się niewielka chmara krwiożerczych muszek piaskowych, które już wyczuły świeżą krew. Jeśli jesteście ciekawi, co to za insekty, przeczytajcie nasz artykuł „Czym zaskoczyła nas Nowa Zelandia?”

Zatoka Boba i nasz mały dom.

 Zasnęliśmy jak zabici. W nocy tylko na chwilę budziły nas przepływające przez zatokę promy. A gdy rano zaczelismy przygotowywać śniadanie, zaczęły zbierać się tu prawdziwe tłumy – biegacze, matki z dziećmi, emeryci. Widocznie Zatoka Boba, mimo odległości, jest popularnym miejscem rekreacji w Picton. Całe szczęście, że namiot rozłożyliśmy i zwinęliśmy poza godzinami szczytu!

Martyna wsuwa awokado na śniadanie. Zdrowe odżywianie podczas autostopowania to podstawa!

Wracamy tą samą drogą i ścieżka z nocnej przeprawy już nie wydaje się taka straszna.

Teren skażony ekologicznie

Dość długo zastanawialiśmy się, jaki kierunek obrać na wyspie południowej. Całkiem oczywistym wydawało się odwiedzenie parku Abel Tasman (jedno z najpopularniejszych miejsc kajakarskich), a następnie podróż wzdłuż zachodniego wybrzeża. To właśnie atrakcje tej trasy najczęściej pojawiają się na grupie backpackerskiej, którą obserwujemy na Facebooku. Robimy jednak trochę na przekór i z Picton kierujemy się na wybrzeże wschodnie. Dlaczego? Jeszcze na wyspie północnej, kiedy pytaliśmy tubylców, co zobaczyć na południu, większość zgodnie odpowiadała – Kaikoura. Co takiego magicznego jest w tym niewielkim miasteczku? O tym na pewno dowiecie się w następnym artykule 😊

 Tymczasem poczytajcie o naszym kolejnym dzikim, i jak się później okazało – trochę niefortunnym – noclegu. Miejsca zaczynamy szukać dopiero po wyruszeniu z Picton, w przerwach od łapania stopa. Robimy to na szybko, bo do celu mamy tylko 160 kilometrów. Na Campermate w samej Kaikourze nie widzimy żadnego darmowego biwaku dla namiotów. Postanawiamy więc znaleźć jakąś miejscówkę na uboczu parę kilometrów przed miasteczkiem. Krzysiek na mapie Google wyszukuje boczną drogę, która z pozoru wydaje się idealna. Umknęła nam jednak informacja, że w dystrykcie obowiązują specjalne przepisy „wolnego kempingowania”. Kiedy docieramy na miejsce okazuje się, że teren jest całkowicie zamknięty dla ruchu turystycznego. Jak głosi tabliczka – nastąpiło tu skażenie ekologiczne z powodu niehigienicznego wypróżniania się ludzi 😁 W wolnym tłumaczeniu – zbyt wielu turystów postanowiło ozdobić plażę papierzakami. I cóż teraz zrobić? Pewnie Was to zaskoczy (😄), ale na miejsce docieramy dość późno, więc nie ma już opcji dalszego łapania stopa. Co gorsza w okolicy za bardzo nie ma krzaków ani drzew, w których moglibyśmy się schować przed wścibskim okiem „somsiada”. No nic, szukamy możliwie najwyższej trawy i tam ładujemy nasz namiot. Zgodnie ze znaną w Nowej Zelandii zasadą „Nie pozostawiaj po sobie śladu” staramy się już nie skażać bardziej tego terenu 😉

Niedaleko drogi, przy której mamy spać, przebiegają tory.
Krzysiek czeka aż zapadnie zmrok i będzie można rozłożyć namiot...
Nasz namiot na terenie skażonym ekologicznie.

Nad ranem okazuje się, że kolejny raz mamy farta – i tym razem udaje nam się odjechać bez mandatu. Można ruszać do Kaikoury!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *